"Czerwony" - Ostatni film Kieślowskiego...

To ostatnia część tryptyku "Trzy kolory", w którym K.Kieślowski pospołu z K.Piesiewiczem próbowali odpowiedzieć na pytanie: co w dzisiejszych czasach oznaczają ideały Wielkiej Rewolucji Francuskiej? Jak abstrakcyjne pojęcia funkcjonują - i czy w ogóle funkcjonują - w życiu codziennym? Trzy barwy francuskiej flagi symbolizują owe trzy wartości: niebieski - wolność, biały - równość i czerwony - braterstwo. W "Czerwonym" Kieślowski zmierzył się zarówno z problemem "fraternite" jak również, chciał nim podsumować całą swoją działalność artystyczną. Ogłosił, że jest to jego ostatni film, zapowiadał zakończenie kariery. Niektórzy wierzyli, inni - nie. Odejście reżysera, określanego przez niektórych mianem nowego Bergmana, w momencie takich sukcesów, apogeum międzynarodowej popularności - to wydawało się niepodobieństwem. Wszelkie spekulacje ucięła śmierć Kieślowskiego w 1996 roku a "Czerwony" stał się czymś na kształt artystycznego epitafium. Pozostała pustka, którą w polskim kinie do dziś trudno wypełnić.

"Czerwony" został zrealizowany w Szwajcarii, a więc kraju będącym historyczną kolebką demokracji i "braterstwa", ale miejsce akcji nie ma tu większego znaczenia. Warszawskie blokowisko, ulica w Szwajcarii, Francji, Polsce... Ta historia mogłyby się wydarzyć wszędzie stąd i wszędzie jest rozumiana. Dobry odbiór i światowy sukces "Czerwonego" jak również pozostałych dwóch części tryptyku, czy "Dekalogu" to wynik uniwersalności przedstawianej historii i kryjących się pod jej powierzchnią problemów, czytelnych dla każdego wywodzącego się z europejskiego kręgu kulturowego.

Młoda studentka i modelka z Genewy, Valentine (Irene Jacob) przypadkowo potrąca na ulicy psa. Właścicielem zwierzęcia okazuje się emerytowany sędzia Joseph Kern (Jean-Louis Trintignant, "I Bóg stworzył kobietę"). Sędzia jest człowiekiem głęboko wypalonym, zmęczonym życiem, którego większą część ma już za sobą. On już "nic nie chce". Valentine przeciwnie - dopiero wchodzi w życie, niesie w sobie potencjał młodości i świeżości. Kieślowski zderza ze sobą te dwie postacie, zderza dwie postawy wobec świata: oczekiwanie i nadzieję na szczęście u Valentine i pełną bolesnego rozczarowania apatię Sędziego, wynikającą z poczucia zmarnowanych szans i błędnych wyborów. Kiedy Valentine dowiaduje się, że jej nowy znajomy podsłuchuje rozmowy telefoniczne sąsiadów - czuje do niego wstręt i litość. Po bliższym poznaniu jednak te uczucia ustępują miejsca wzajemnej fascynacji i sympatii. Nie może tu być jednak miejsca na miłość. Zbyt duże jest to, co określamy jako "missing in time".

To niezwykły film, pełen pobocznych wątków i tropów, drobnych szczegółów, które wychwytuje się tylko przy uważnym oglądaniu, symboli, którym szczęśliwie udaje się uniknąć natrętności. Kiedy Sędzia i Valentine rozliczają się z pieniędzy za leczenie psa, kładą banknoty na stole, na którym widnieje podobizna jednego z przywódców XVIII wiecznej Rewolucji. Profesja głównego bohatera i scena, kiedy mieszkańcy dzielnicy, chcąc się zemścić za naruszenie ich prywatności, rzucają w okna Sędziego kamieniami, jest aż nadto wyraźnym nawiązaniem do biblijnych haseł: "Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni", "Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem". Przez film przewija się wątek młodego prawnika, aplikanta, mieszkającego niedaleko Valentine, Auguste'a Bruner'a (Jean-Pierre Lorit), który - jak zdaje się nam sugerować Kieślowski - jest "alter ego" Sędziego. Historia Auguste'a do pewnego stopnia pokrywa się z historią życia Sędziego. Obaj zdradzeni, oszukani przez ukochaną kobietę nie wiedzą co zrobić, nie potrafią się odnaleźć. Auguste w różnych sytuacjach mija się z Valentine ale bezpośrednio spotykają się dopiero w scenie finałowej. Tak jakby błąd, pomyłka losu polegająca na tym, że na drodze Sędziego nie stanęła w odpowiednim momencie odpowiednia kobieta, miał być naprawiony wobec jego młodszego "wcielenia". Na ekranie pojawiają się wówczas na chwilę, również bohaterowie "Niebieskiego" i "Białego": Juliette Binoche, Julie Delpy, Zbigniew Zamachowski, co stanowi element zamykający cały cykl w jedną całość. Kieślowskiemu udało się dojść do mistrzostwa we wspaniałych niedopowiedzeniach, które otwierają pole do dość szerokiej interpretacji. W postaci Sędziego upatrywano metafory Boga, odczytywano ją również jako "alter ego" samego Kieślowskiego, "obserwatora życia", który czuje się już zmęczony swoją obserwacją. Obserwacją, którą prowadzi od wielu lat a która nie zdaje się przybliżać go do upragnionego celu - poznania prawdy. Ten motyw przewijał się w twórczości reżysera na przestrzeni wielu lat, poczynając już od na poły autobiograficznego "Amatora".

"Czerwony" byl nominowany w trzech kategoriach do Oscara, otarł się również o Złotą Palmę w Cannes ale przegrał batalię z "Pulp Ficton". No cóż "de gustibus..." ale, jak pisał Wiesław Kot: "zawsze szkoda, gdy namysł przegrywa z teledyskiem". Jest w tym filmie coś niepokojącego, coś nie pozwalającego pozostać obojętnym. Finezja i kunszt Kieślowskiego osiągnęły tu - moim zdaniem - swoją szczytową formę, choć być może nie zgodziliby się z tą opinią zwolennicy jego wcześniejszej twórczości. Szkoda, że pozostanie bez odpowiedzi pytanie, jak wyglądałyby kolejne filmy tego reżysera.